niedziela, 11 października 2015

Epilog (ze starego bloga)

Każdy ma inne poglądy co do miłości. Jednak jak rozpoznać prawdziwą miłość, od tego krótkiego przelotnego romansu? To bardzo proste. Osoba, która naprawdę cię kocha jest w stanie za ciebie umrzeć, spełnić twoją, nawet najgłupszą zachciankę, zignoruje twoje wady i popełnione błędy, których inni nie są w stanie przebaczyć.
Dobrym przykładem jestem ja i German, nasza miłość przerodzona się z nienawiści. Wiele wycierpiałam, za każdym razem budowałam sobie mur, który on niszczył każdym pocałunkiem, każdym czułym słowem; gestem. Pewne trzy lata zmieniły moje życie diametralnie, jednak nie wiedziałam, i nadal nie wiem czy to był dobrzy czy raczej zły okres mojego życia.
Ale wiem jedno, przez cały ten czas wylałam z siebie tyle łez, co nigdy w przeciągu całego mojego życia. Jednak jak to mawiają "po burzy zawsze wychodzi słońce", i rzeczywiście.
Pewnego dnia wróciłam z Francji do słonecznego Buenos Aires, gdzie na pewnej ulicy stała pewna willa, gdzie mieszkał czekoladowooki inżynier wraz z córką, a jednocześnie mój szwagier i siostrzenica. I wtedy zły stan się skończył. Zostanie dziewczyną Germana było spełnieniem moich marzeń, byłam taka szczęśliwa. Violetta jako już dorosła dziewczyna trzymała kciuki za nasz związek, który przypominał radosną sielankę z ckliwego filmu romantycznego. Oczywiście, w jak każdym, nawet perfekcyjnym związku zdarzały się sprzeczki o nawet najdrobniejsze rzeczy. Ale przecież jak ktoś się kłóci z osobą, którą się kocha to mu na niej zależy. Tamten czas wspominam jak przez mgłę. Byłam szczęśliwa, ale jednocześnie wystraszona i niepewna Każdego dnia wstając rano bałam się, że coś nam pójdzie nie tak, że coś zniszczę, że mu się znudzę...
Ale wiecie co?
To były najgłupsze myśli, które przychodziły mi do głowy, ale jak już wspominałam ludzie od miłości wariują. Pewnego dnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Początkowo byłam roztrzęsiona i przerażona. Nie wiedziałam jak przekazać tą wiadomość partnerowi, jak zareaguję. Mimo, że nie planowałam ciąży i nie byłam na nią gotowa, pokochałam tą malutką fasolkę, żyjącą we mnie, która niczemu przecież nie zawiniła.Załamana przechadzałam się po ogrodzie, układając sobie w głowie scenariusz, w którym wyznawałam Germanowi, że będziemy mieć dziecko. Jednak ja, jak to ja musiałam poślizgnąć się na śliskiej od porannego deszczu kamiennej dróżce i upaść prosto na brzuch. Znieruchomiałam czując ciepłą ciecz spływającą po wewnętrznej części moich ud. Wiecie co to było?
To była krew, krew mojego dziecka, które nosiłam pod sercem od kilku tygodni, moim zadaniem było je chronić, niczym ściana całą komórkę, a ja nie wypełniłam tego; zawiodłam.
Wiecie co czuje kobieta, która straciła dziecko? Załamanie, pustkę i uczucie towarzyszące jej do końca życia. Zaburzenie w psychice i myśl, że gdyby jeden ostrożniejszy krok, to dziecko byłoby teraz ze mną i pomagałabym mu zrozumieć pierwiastki lub symbole chemiczne. Moja depresja dołowała wszystkich wkoło. Violettę, Germana, personel szpitalny, któremu żaliłam się kiedy pobierali mi krew, lub robili badania. Nie dawałam sobie przegadać, że to nie moja wina, ja wiedziałam swoje, ale w końcu zdałam sobie sprawę, że German również stracił dziecko...
I musiałam wstać z zimnej posadzki i iść dalej, założyć w ciągu dnia uśmiechniętą maskę, a w nocy ją zdjąć i płakać, aż skończą mi się łzy. Pewnego dnia w szpitalu pojawiła się...
... moja mama...
Chociaż nie wiem, czy nadal nią jest. Kiedy dowiedziała się, że jestem z własnym szwagrem wpadła w szał. Zaczęła wyzywać nas od najgorszych, wytykać jakimi to bezdusznymi i egoistycznymi ludźmi jesteśmy spotykając się i nie myśląc o Maryi.
-Brzydzę się wami- Krzyknęła nam w twarz,a ja dla otuchy ścisnęłam mocniej dłoń Germana- A ty zapomnij, że masz matkę- Wysyczała przez zęby z wyczuwalną nienawiścią i opuściła nasz dom. Od tamtej pory nie kontaktowała się ze mną. Nie wiem gdzie jest, co robi i czy w ogóle żyje. Nie odbierała telefonów, nie odpisywała na listy i nawet przestała się komunikować z własną wnuczką. Kolejny mój domek z kart się zawalił. Kobieta, która mnie urodziła, wychowała, wspierała i podnosiła przy każdym upadku potraktowała mnie gorzej niż największego wroga. Ale dlaczego? To było dla mnie nie zrozumiałe jak mogła tak postąpić. Kolejne nostalgiczne chwile po "stracie" matki przeżywałam w nocy. Czekałam, aż mój luby zaśnie, wtedy odwracałam się do niego plecami i cicho szlochałam w poduszkę. To był zdecydowanie czas, podczas którego psycholog był mi potrzebny niczym powietrze. Strata dziecka, zerwanie kontaktu z mamą. Osobą z którą rozmawiałam otwarcie była Violetta która musiała wyjechać w swoją pierwszą, solową trasę koncertową. Od depresyjnego nastroju trwającego kilka miesięcy oderwały mnie zaręczyny.
Inżynier ubrany w czarny, elegancki garnitur zabrał mnie na romantyczną kolację przy świecach.
Po spałaszowaniu homara uklęknął przede mną i otworzył małe pudełeczko ze srebrnym pierścionkiem wysadzanym delikatnymi diamentami w środku. -Wyjdziesz za mnie?- Padły w końcu słowa. Znieruchomiałam ze szczęscia, a do oczu napłynęły mi łzy. Łzy wyrażające moją radość. Jak zapewne się domyślacie, od temtego wieczoru zostaliśmy narzeczeństwem.
Na wiadomość o zaręczynach wszyscy nasi znajomi i przyjaciele szczerze nam gratulowali. Jedyne czego żałowałam, to tego, że nie mogłam podzielić się tym z mamą. Że nie usłyszałam od niej nigdy słów "bądźcie szczęśliwi", tylko "brzydzę sie wami".
Postanowiliśmy pobrać się jak najszybciej. W dzień ślubu chodziłam podekscytowana i zdenerwowana jak nigdy. Bukiet czerwonych róż, które miały towarzyszyć mi w drodze do ołtarza przyszły z samego rana. Cały dzień, aż do szesnastej byłam pod czujnym okiem fryzjerek, makijażystek i kosmetyczek, dbających o to, abym w tym wyjątkowym dla mnie dniu wyglądała olśniewająco. Bajeczna, śnieżnobiała suknia ślubna z srebrnymi detalami sprawiała, że czułam się jak najpiękniejsza księżniczka. Po wzajemnym założeniu sobie obrączek z wygrawerowanym na nich: "Para siempre" (na zawsze) złączyliśmy usta w pocałunko, co już oficjalnie czyniło nas małżeństwem.
Dwa miesiące po ceremonii ślubnej test ciążowy, który zrobiłam wskazywał dwie kreski. Już się nie bałam powiedzieć tego mężowi, iż wiedziałam, że będzie szczęśliwy. 



- Mamo!- Słyszę wołanie mojej pięcioletniej córeczki Sofii, dlatego szybko zamykam klapę laptopa i opuszczam sypialnie. Schodzę ze schodów i widzę szczęśliwą brunetkę tulącą do siebie białego kotka.- Tata przyniósł mi kotka- Wyszczerza ząbki w moją stronę, a mi, robi się, aż ciepło na sercu, mimo, że nie zgadzałam się na zwierzaka.
- Świetnie kochanie- Uśmiecham się i klękam obok niej, głaszcząc mięciutkie futerko małej kuleczki,
Mój mąż siada na dywanie obok nas i kradnie ode mnie pocałunek. Bez wątpienia mogę zaliczyć nas do szczęśliwej rodziny.





I jest epilog z tamtego bloga, prosiło mnie o to wiele osób, tak więc dodaje. Znalazłam dzisiaj trochę czasu i wuala. Czy satysfakcjonuje was takie zakończenie tamtej histori?\
Piszczie w komentarzach
PS. Rozdział we wtorek

3 komentarze:

  1. Jeju! Jakie to kochane :') wzruszyłam się ♡ (doprowadzenie mnie do łez opowiadaniem albo filmem nie jest takie trudne) Zakończeniem jestem usatysfakcjonowana. Jest CUDNE! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziekuje! Zakonczenie jest wymarzone chociaz szkoda ze Angelica sie odwrocila od nich. A tak btw to tez sie zastanawialyscie czemu nie bylo jej na slubie Germangie w V3? O.o
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń